Muzyka

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział 2

Obudziłam się bardzo wcześnie, jak na siebie. Była 8:00, a przecież mamy niedzielę i zwykle śpię do 10:00. Co najmniej do 10:00. Choć walczyłam sama z sobą w końcu postanowiłam wstać i się ogarnąć. Szybko się uczesałam, założyłam pierwsze lepsze spodnie i jakiś luźny T-shirt. Nie lubię się malować więc tylko musnęłam usta błyszczykiem. Szybko zeszłam na dół do kuchni w celu zrobienia jakiś pożywnych kanapek dla mojego biednego, nie udolnego braciszka. Moje plany wzięły w łeb. Niestety. Jakie było moje zdziwienie gdy zobaczyłam na stole górę jeszcze ciepłych naleśników i przygotowaną zastawę. "Czy ja jestem w innym wymiarze?" Powoli podeszłam i usiadłam. W tej samej chwili ktoś dotknął mojego ramienia . Podskoczyłam jak oparzona i szybko się odwróciła. Oczywiście to był mój kochany braciszek, który patrzył się na mnie z wielkim uśmiechem i błyskiem w oku.
- Hej siostra. Jak się spało?
- Bardzo dobrze...-spojrzałam na niego czujnie - Od kiedy to zacząłeś robić śniadanie z własnej woli? Czyżby ktoś podmienił mi brata? - odwróciłam się i zaczęłam nakładać naleśniki. Pycha!
- No wiesz! - Ian usiadł oburzony obok mnie - Chcę być troskliwym, starszym bratem, który pragnie aby jego siostrzyce niczego nie brakowało - spojrzał na mnie oczami skarconego spaniela. Nie dałam się oczywiście na to nabrać.
- Dobra wystarczy tych gierek. Gdzie chcesz wyjść i o której wrócisz?
- Jak ty mnie znasz Sophi! No więc wybieram się z kumplami na imprezę pełną ślicznych panienek. Tak koło 17 wychodzę. Miałabyś coś przeciwko gdybym wrócił rano? Tak koło...8:30?
Prawie się zakrztusiłam. Wiedziałam, że braciszek kocha imprezy, ale nigdy nie wracał tak późno...To znaczy na drugi dzień.
- Nie jestem tu po to żeby ci zabraniać chodzić na imprezy...jak chcesz to idź - na szczęście udało mi się to powiedzieć bez najmniejszego zadrżenia głosu.
- Serio!? Nie myślałem że się zgodzisz - zaczął prześwietlać mnie wzrokiem - Jak chcesz to zaproś Kena. Przynajmniej nie będziesz samotna. To ja idę. Musze coś kupić, bo mnie nie wpuszczą z pustymi rękami. Nara. - Ian szybko wstał, tak, jak by go coś goniło (a wydawało mi się, że tak było) wybiegł z domu.
"Co ja z nim mam? ten pomysł z Kenem nie jest głupi. I tak miałam z nim dzisiaj porozmawiać". Szybko wstałam od stołu i posprzątałam. Pobiegłam do pokoju i wybrałam numer Kena. Po dwóch sygnałach usłyszałam ciepły głos.
- Halo?
- Cześć Ken.
- Sophi? Jak cudownie cię słyszeć - od razu po tych słowach wyobraziłam sobie jak musi się szeroko uśmiechać
- Czy nie miałbyś może ochoty wstąpić do mnie? Mój brat wychodzi, a ja i tak muszę z tobą o czymś pogadać...To co ty na to?
- Co za pytanie! Oczywiście! Do ciebie przyjdę nawet jak będziesz na końcu świata.
Poczułam miłe ciepło w środku. On jest taki kochany...Zawsze był przy mnie zarówno w smutnych jak i wesołych chwilach. Mimo że wiem jakimi głębokimi uczuciami mnie darzy ja nigdy ich nie odwzajemniałam...zawsze go uważałam za przyjaciela, a nawet brata, ale nigdy nie wyobrażałam sobie niczego więcej.
- To czekam - odpowiedziałam wesoło.
- Zaraz będę. - usłyszałam trzask rozłączanej słuchawki. Westchnęłam i powoli zaczęłam pogrążać się we własnych myślach. Ogarnął mnie straszny smutek. "Jak ja mu to powiem? No przecież nie tak: Wiesz Ken nie powiedziałam ci, ale będę chodzić do nowej szkoły i mam nadzieję, że dasz sobie radę z tymi ćwokami, którzy wszystkich gnębią. Zawsze możemy spotykać się w weekendy." Totalna masakra. Siedziałam tak jeszcze sporo czasu i wciąż myślałam jak mu to delikatnie przekazać. Gdy nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. No pięknie.
- Już idę - krzyknęłam. Szybko zbiegłam po schodach. Mam nadzieję, że rozmowa przebiegnie dobrze. Szybko otworzyłam drzwi.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz