Gdy tylko otworzyłam drzwi zobaczyłam przed sobą przeciętnego wzrostu, szczupłego chłopaka o krótkich, ciemnych, szatynowych włosach i dużych okularach. Ken opierał się o ścianę i ledwo mógł oddychać. Od razu się domyśliłam, że biegł tu całą drogę. "Dlaczego jemu tak na mnie zależy?" Przeleciało mi przez myśl. Kiedyś go o to zapytałam, ale zamiast odpowiedzi dostałam szeroki, zagadkowy uśmiech i całusa w policzek.
- Mam nadzieję, że długo nie czekałaś.
Te słowa wyrwały mnie z rozmyślań
- Co...? - zapytałam, bardzo inteligentnie - Znaczy...Nie. No co ty. Biegłeś całą drogę prawda?
- Zgadłaś - Ken odpowiedział z takim entuzjazmem, że musiałam się uśmiechnąć
- Możesz wejść. Przecież nie będziesz tak stał. Chcesz soku?
- Tak, poproszę. - Po tych słowach chłopak wszedł za mną do domu i razem poszliśmy do kuchni. Oczywiście nie obeszło się bez żartów i śmiechu. Przy nim zawsze mam dobry humor i jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się na niego pogniewać. Jest strasznie pozytywną osobą. Pewnie dlatego tak dobrze się dogadujemy. Oboje weseli, z dużym poczuciem humoru i optymistycznym podejściem do życia no może teraz jest troszkę inaczej...u mnie już tego tak nie widać.
- Ken? - spojrzałam na chłopaka uważnie - Muszę ci coś powiedzieć...- powiedziałam niepewnie
- Mów. - uśmiechnął się
- Jest taka sprawa, że... - nie mogłam nic więcej z siebie wykrztusić. Próbowałam, ale całkiem odebrało mi mowę. Przestraszona spojrzałam na Kena i nagle poczułam jak z kącika oka wypływa łza.
- Sophi co ci jest? Co się stało? - Ken spojrzałam na mnie z troską i delikatnie starł łzę z mojego policzka. W tym momencie nie wytrzymałam. Mocno się do niego przytuliłam i wydukałam przez lecące już strugami łzy, że się przepisuję, bo mój stan psychiczny jest bardzo niestabilny i najlepszym rozwiązaniem jest zmiana środowiska. Przynajmniej tak postanowili rodzice razem z psychologiem. Ken słuchał wszystkiego uważnie i delikatnie głaskał mnie po głowie. Wreszcie się uspokoiłam i powoli odsunęłam od niego.
- Przepraszam, że ci to mówię dopiero teraz...mam nadzieję, że nie jesteś zły, bo...- niestety nie dane mi było skończyć.
- Czy ty oszalałaś? - spojrzałam na niego zdziwiona. Takiej reakcji się nie spodziewałam.
- Słucham? - odpowiedziałam zachrypniętym głosem
- Czy kiedykolwiek byłem na ciebie zły? Nie mogłaś postąpić inaczej! Jestem szczęśliwy, że zaczniesz nowe życie bez zmartwień i smutków. Nie mogłem sobie życzyć niczego innego, jak tylko tego żebyś znowu była tą wesołą i energiczną dziewczyną, z która się poznałem w piaskownicy. Oczywiście jest mi smutno, że się rozstajemy...ale kontakt nam się przecież nie urwie. Prawda? - Ken uśmiechnął się i poklepał mnie po głowie
- Oczywiście, że nie - zamrugałam zaskoczona. Szybko wzięłam się w garść. Po słowach Kena poczułam się tak, jak bym odzyskała wszystkie siły witalne. Jestem strasznie szczęśliwa, że mam takie wsparcie.
Reszta dnia upłynęła nam już w innych nastrojach. Zaczęliśmy się wygłupiać i wspominać stare czasy. Ken opowiedział mi kilka swoich ciekawych przygód, które przydarzyły mu się gdy do mnie biegł. Ten to ma zawsze szczęście. Niestety wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Szatyn powiedział, że musi wracać do domu. Odprowadziłam go do drzwi i mocno przytuliłam na pożegnanie. Byłam strasznie wykończona. Za dużo emocji na raz. Niewiele myśląc poszłam do swojego pokoju i po wzięciu prysznica oraz umycia włosów przebrałam się w koszulę nocną i położyłam do łóżka. Zasnęłam niemal natychmiast.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz