Zdrętwiała wpatrywałam się na przemian w obu chłopaków. Czułam narastające miedzy nimi napięcie.
- Muszę z tobą porozmawiać, mała - Kastiel spojrzał na blondyna dając mu znać, że to ma być rozmowa w cztery oczy. Nataniel wstał spojrzał na mnie ciepło, szepnął "Do jutra" i wyszedł, szybko mijając Kastiela. No pięknie. Zostałam sam na sam z chorym psychicznie chłopakiem.
- O czym chcesz ze mną porozmawiać - zapytałam szorstko - Czyżby przeprosić za to - wskazałam opatrunek
- Tak to też miałem na myśli...ale przepraszać cię nie będę. Trzeba było się nie pakować tam gdzie nie trzeba - odburknął. Poczułam się tak, jakby ktoś dał mi siarczysty policzek.
- Słucham!? - krzyknęłam - Chcesz powiedzieć, że przyszedłeś tu tylko po to, żeby mi wypominać to, że próbowałam was, idioto, rozdzielić , bo bałam się, że niedługo na chodniku jeden z was będzie trupem? Niby co miałam innego zrobić?
- Uspokój się mała...
- Nie jestem MAŁA!- rzuciłam lodowato
- Tak, tak wiem - chłopak podniósł ręce w obronnym geście - Sory. Sophi, ja...
- Już jestem!
Do pokoju wparowała Rozalia. Z jej roześmianej twarzy szybko zniknął uśmiech. Popatrzyła na nas, ale swój wzrok zatrzymała na Kastielu. jej twarz wykrzywiła się tak jakby zobaczyła jakiegoś szczególnie odrażającego karalucha. Parsknęłam cicho. Dobrze mu tak.
- Co ty tu robisz? - zapytała - Ona musi odpocząć.
Nawet nic nie powiedział tylko szybko wstał i trzasnął drzwiami. O co mu mogło chodzić? Czuję jakbym była otoczona jedną wielką tajemnicą. Białowłosa szybko się ulotniła, kiedy wymigałam się od rozmowy tym, że nie czuję się najlepiej. Pod szkołę przyjechał po mnie brat. Na szczęście nie zadawał pytań. Widział, że nie mam ochoty na rozmowę i gdy tylko dojechaliśmy do domu poszłam się umyć. Przed snem Ian wszedł do mnie do pokoju. Zawsze jak byliśmy młodsi i coś nas trapiło to się tak odwiedzaliśmy. Stare czasy...Usiadł i wszystkiego wysłuchał. Dopiero przy nim szczerze się rozpłakałam i zasnęłam.
Do szkoły wróciłam po trzech dniach. Wydarzenie, którego byłam światkiem chyba trochę na mnie wpłynęło. Uległam jakby małej metamorfozie. Dziwne uczucie i może absurdalne, ale wydawało mi się, że właśnie tak jest. Dało mi trochę takiego kopa od życia. Może to i dobrze.
Ruszyłam w stronę szafek. Po drodze natknęłam się na Kena, po jego wyrazie twarzy domyśliłam się, że jest czymś mocno przybity. Bez zastanowienia podeszłam.
- Hej Ken. Czy coś się stało? - zagadnęłam
- Sophi! - wykrzyknął rozpromieniony - Cieszę się, że wróciłaś. Brakowało mi ciebie.
- Wróciłam! - zażartowałam - Co się dzieje. Dostałeś karę od dyrektorki?
- Nie...mój tata...
Byłam przygotowana na najgorsze. Ojciec Kena był strasznie pewnym siebie i wymagającym rodzicem.
- On kazał mi uczyć się w szkole wojskowej i właśnie składa papiery z rezygnacją - Ken był strasznie przybity. Jego słowa wywarły na mnie duże wrażenie. Nie chciałam żeby odchodził...Jak ja sobie bez niego poradzę? Zawsze byliśmy razem, a teraz wyjeżdża na nie wiadomo jak długo. Czemu to się dzieje? W trakcie naszej rozmowy próbowałam go przekonać do rozmowy z jego ojcem, ale już po chwili zrozumiałam dlaczego nie chciał kiedy jego ojciec podszedł do nas. Był cały czerwony ze złości i zaciskał z całej siły ręce dzięki czemu mogłam się przypatrzyć jego muskulaturze. Przełknęłam cicho ślinę.
- D-dzień dobry...-wyszeptałam. Nagle mi zaschło w gardle
- Dzień dobry. Mój syn ci chyba już o wszystkim powiedział. Wszystko zostało załatwione- zwrócił się do Kena - od jutra wyjeżdżasz. Najwyższa pora .żebym się za ciebie wziął. Sophio przepraszam ale się nam śpieszy. Do widzenia - złapał chłopaka za ramię i wyprowadził ze szkoły. Poczułam jak pod powiekami zbierają mi się łzy. Muszę z kimś porozmawiać. Ruszyłam w stronę klasy. Mam nadzieję, że spotkam tam Rozę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz